clothes zero waste
Zero Waste

Kupujemy ciuchy

Posted on

Czy widzieliście może film pt. “The true cost”? Kto widział, to na pewno już wie, o czym będę dzisiaj mówić, a kto nie widział – gorąco polecam! Tego filmu nie da się “odzobaczyć” – to, co tam znajdziecie, na zawsze zmieni Wasze podejście do mody.

W XXI wieku przemysł odzieżowy nabrał tak ogromnej prędkości, że teraz sam już nie wie, jak się zatrzymać.  Ubrania z popularnych sieciówek stały się tak tanie i łatwo dostępne, że przeciętny europejczyk jest w stanie pozwolić sobie na coś nowego nawet kilka razy w miesiącu. Firmy odzieżowe prześcigają się w promocjach, wyprzedażach i nowościach, a zjawisko to otrzymało już nawet swoją własną nazwę: “fast fashion”. Dzisiaj rok nie jest już dzielony ani na 4 pory roku, ani nawet nie na 8, ale bardzo często na 52 mikrosezony, co oznacza, że każdego tygodnia znajdziemy w danym sklepie jakąś nowość. Za pomocą mody i reklamy wmawia się nam, że to, co kupiliśmy 3 miesiące temu, nie jest już godne naszej uwagi i że najwyższy czas kupić coś nowego.

W efekcie takiej polityki wielkich korporacji odzieżowych na wysypiskach śmieci wyrastają całe pasma górskie lekko nadwątlonej odzieży słabej jakości. Przemysł modowy odpowiada za ponad 90 milionów ton odpadów rocznie. Jeśli do tego śmieciowego Mount Everest dodamy ogromne zużycie wody (aby wyprodukować jeden T-shirt potrzeba ok. 2700 litrów wody, czyli tyle, ile człowiek wypija przez niemal 4 lata), pestycydy wykorzystywane przy masowej uprawie bawełny oraz stosowane przy farbowaniu odzieży chemikalia, które w mniej zamożnych krajach bardzo często wypuszczane są prosto do rzek, otrzymamy prawdziwą katastrofę ekologiczną. A teraz dodajmy do tego jeszcze kwestię uwalniających się z odzieży podczas prania syntetycznych mikrowłókien, które następnie trafiają do naszych mórz i oceanów. Teraz mamy już prawdziwy ekologiczny koktajl Mołotowa.

Jak ja, maluczka, mam kruszyć kopie z ogromnymi korporacjami?

Przede wszystkim bardzo mocno wierzę w tzw. “dollar voting” czyli w wywieranie wpływu na producentów poprzez kierowanie przepływu pieniędzy w odpowiednią stronę. Jeżeli wiemy, że polityka danej marki nam nie odpowiada, możemy po prostu nie kupować jej produktów (sama od dłuższego czasu prowadzę osobisty bojkot pewnej firmy obuwniczej 🙂 ). Decyzji jednej osoby na pewno firma nie odczuje zbyt dotkliwie, ale gdy takich osób uzbiera się więcej, efekt będzie już zauważalny i być może firma postanowi spojrzeć krytycznym okiem na swoją politykę.

Efekty te mogą być jednak trudne do dostrzeżenia z miejsca, w którym się znajdujemy, dlatego my po raz kolejny postanowiliśmy przede wszystkim działać na własnym podwórku. Oto w jaki sposób walczymy na odzieżowym froncie naszej wojny ze śmieciami:

1. Znacznie ograniczamy ilość ubrań
Ma to silny związek z minimalizmem, który ostatnimi czasy coraz bardziej rozgaszcza się w naszych progach. Moja szafa jest pod ciągłym ostrzałem, a w ciągu ostatnich kilku miesięcy pozbyłam się około 2/3 jej zawartości i… nic się nie zmieniło. Nadal noszę te same ciuchy, co wcześniej, a z mojej szafy pozbyłam się zbędnych statystów i ciuchów, które “na pewno jeszcze kiedyś ubiorę”. Zostało tylko to, co naprawdę noszę – pozostałe ciuchy poleciały do siostry, mamy, teściowej, babci i koleżanek, a to, co nie znalazło nowego domu, poszło do sklepu charytatywnego. Efekt? Mam więcej miejsca w szafie, a rano o wiele łatwiej mi wyszukać zestaw do ubrania. Nie powiem Wam dokładnie, ile sztuk czego mi zostało, ale celem mojej akcji odciuchowywania jest stworzenie tzw. garderoby kapsułowej, czyli szafy składającej się z naprawdę niewielu (niektórzy mówią o liczbie 33) sztuk odzieży, z których można stworzyć wiele stylizacji, ponieważ założenie jest takie, że ciuchy te mają w większości pasować do siebie na wzajem. Aby stworzyć idealną garderobę kapsułową najprawdopodobniej musiałabym oddać wszystko, co mam i wybrać się na zakupy ze stylistką, by zbudować garderobę od zera, ale wolę jednak bazować na tym co mam. Rezultaty są i tak naprawdę zadowalające 🙂

2. Nie podążamy za modą
To w sumie żadna zmiana w naszym życiu, gdyż moda nigdy nie była priorytetem dla żadnego z nas. Lubimy ubierać się ładnie, wygodnie i ponadczasowo, aby ubrania mogły służyć nam przez jak najdłuższy czas.

3. Nie kupujemy ciuchów na jedną okazję
W jednym z wcześniejszych postów pisałam już o tym, że nawet suknię ślubną miałam po siostrze 🙂 Marcin dostał garnitur i porządne, eleganckie buty, a z całego tego zestawu korzysta przy ważniejszych okazjach po dziś dzień, a jesteśmy aktualnie 5,5 roku po ślubie. Nie muszę chyba dodawać, ile razy ja miałam na sobie swój zestaw ślubny? 😉 Dodatkowo odpadł mi cały stres (“o matko, a jak się obleję zupą w sukience za 5 tysięcy?”) i problem z późniejszą sprzedażą sukienki (wróciła do siostry). Tak samo postępuję w przypadku wesel innych osób – jako że noszę dość popularny rozmiar 38, a w rozmiarze tym posiadam również siostrę i kilka koleżanek, przed imprezą robię rozpoznanie i zawsze w którejś szafie znajduje się piękna sukienka, która bardzo chce, abym ją sobie pożyczyła 🙂 Oczywiście udostępniam również moje skromne zasoby sukienkowe innym. A przy okazji przekazania sukienki zawsze można sobie pogadać i napić się kawy z siostrą czy koleżanką 🙂

4. Wymieniamy się ciuchami
Siostra i koleżanki nie dziwią się już, gdy przy okazji spotkania na kawę wyciągam siatę z ciuchami mówiąc “przejrzyj, może coś Ci się spodoba” lub gdy dostają zdjęcia ciuchów z dopiskiem “chcesz?”. Z siostrą system wymiany odzieżowej opracowałyśmy już chyba do perfekcji i niejednokrotnie ciuchy krążą między naszymi domami jak bumerang, a moje koleżanki wiedzą, że ubrania również z chęcią przygarniamy i nie wstydzą się zaproponować nam używanych ciuchów.

5. Kupujemy używane
Wielu ludziom ubrania używane kojarzą się tylko z mało zachęcającymi lumpeksami, do których wstyd wejść, gdzie ubrania wyeksponowane są w tragiczny sposób i często mają specyficzny zapach. Ciuchy z drugiego obiegu to jednak o wiele więcej, niż tylko ciucholandy! Poniżej przedstawię Wam moje metody na ubrania second hand.

Lumpy – warto wiedzieć, że lumpeksy są bardzo różne. Rzeczywiście, w niektórych ciucholandach ciuchy wrzucone są jak szmaty do wielkich koszy i osobie przyzwyczajonej do zakupu w galeriach handlowych trudno cokolwiek stamtąd wyłowić. Są jednak również ciucholandy, w których odzież jest ładnie wyeksponowana, podzielona na kategorie, a nawet ułożona kolorystycznie. Niektóre do złudzenia przypominają zwykłe sklepy!
Jako matka dwójki małych dzieci nie mam jednak zbyt wiele czasu, by chodzić na lumpeksowe polowania, więc korzystam raczej z innych sposobów. Lumpy są dla mnie sposobem na kupienie tylko tych rzeczy, które muszę zmierzyć osobiście.

OLX – świetny portal do zamieszczania darmowych ogłoszeń, z którego korzysta cała Polska. Kupuję tam sporo, ale portal ten ma jedną, podstawową wadę, a mianowicie brak jakiegokolwiek zabezpieczenia transakcji. Początkowo miał to być serwis ogłoszeń lokalnych, gdzie transakcje przeprowadzane byłyby osobiście i opłacane gotówką. Ludzie zaczęli jednak korzystać z tego narzędzia również do transakcji wysyłkowych, a funkcjonalności serwisu nie uległy zmianie. W praktyce oznacza to, że mam do wyboru trzy opcje:
1) Zaufam sprzedawcy i wpłacę mu pieniądze na konto, nie mając żadnej gwarancji, że otrzymam towar, ani też że zamówiony towar będzie zgodny z opisem.
2)  Zapłacę dodatkowo za przesyłkę pobraniową.
3) Poproszę sprzedającego o wystawienie przedmiotu na Allegro i pokryję koszt prowizji pobieranej przez ten serwis.

W praktyce decyduję się zwykle na opcję nr 1, ponieważ najczęściej kwota, którą ryzykuję jest na tyle niewielka, że dokładanie kolejnych 5 złotych za opcję 2 lub 3 oznaczałoby wzrost kosztu danej rzeczy np. o 50 %. Póki co nikt mnie nie oszukał, choć mam świadomość, że na pewno prędzej czy później się to zdarzy. Gdy kupuję coś za większą kwotę, decyduję się na opcję nr 2.

Ceny rzeczy kupowanych online są co prawda wyższe, niż w przypadku rzeczy z secondhandów, a w dodatku trzeba niejednokrotnie doliczyć do tego koszt wysyłki, ale kupowanie w sieci ma jednak tę zaletę, że mogę robić to nie ruszając się z domu i że mam do wyboru wszystkie oferty z całej Polski. Kupowanie ubrań na portalach ogłoszeniowych ma jeszcze ten plus, że wiemy (mniej więcej), skąd to ubranie pochodzi i kto je wcześniej nosił, podczas gdy w ciucholandach wylądować może wszystko.

U nas kupowanie online sprawdza się świetnie w przypadku ubranek dziecięcych – każda mama zna rozmiarówki swoich ulubionych firm i wie, na jaki rozmiar i jaką jakość może liczyć. W przypadku wątpliwości można również dopytać sprzedającego o dokładne wymiary, materiał, ewentualne ślady użytkowania itp. W naszym przypadku kupowanie ubrań z drugiej ręki ma jeszcze tę zaletę, że gdy moja dość wybredna w kwestii ciuchów córka powie, że NIE BĘDZIE tego nosić, bo ubranie gilgocze/ma kotka/ma coś zielonego/ma długie rękawy/nie ma truskawek/itp., nie przezywam kolejnej frustracji, bo sukienka kosztowała mnie 15 zł, a nie 80.

W sieci kupuję też moje ciuchy bazowe, czyli np. czarny sweterek z Orsaya, rozmiar M, który noszę niemal codziennie i od zawsze i wiem dokładnie, czego szukać w sieci, gdy poprzednia sztuka ulegnie znoszeniu.

Vinted – to taki OLX, tylko że wyłącznie do ciuchów, butów itp. Ten serwis urzekł mnie o wiele większym wyborem ciuchów, znacznie bardziej przejrzystym wyszukiwaniem oraz co najważniejsze systemem oceniania sprzedających. Widząc, że sprzedający ma za sobą 60 pozytywnie ocenionych transakcji, mam zdecydowanie większą gwarancję, że towar będzie dobrej jakości i że w ogóle do mnie dotrze.

Szafa Otwarta – fajny sposób na kupienie perełek bezpośrednio od ich poprzedniego właściciela. W moim mieście takie wydarzenia organizowane są co kilka miesięcy na dużej hali sportowej. Jest to świetna okazja do kupienia rzeczy używanych bezpośrednio, bez konieczności dopłacania za wysyłkę. W tej opcji mamy również możliwość dotknąć oferowanej rzeczy, dokładnie ją obejrzeć, a nawet przymierzyć.

 

6. Stawiamy na jakość
Oto oczywista oczywistość, której jednak nauczył mnie dopiero mój mąż: lepiej kupić coś droższego, lepszej jakości i cieszyć się tym dłużej, niż kupować coś, co po kilku miesiącach będzie się nadawać do wyrzucenia. Przykładowo: kiedyś kupowałam tanie torebki z materiałów skóropodobnych, z których żadna nie przeżyła dłużej niż rok. Od ładnych paru lat wolę jednak zapłacić więcej, jeśli wiem, że w parze z wyższą ceną będzie szła wysoka jakość. Moją aktualną torebkę kupiłam niemal 4 lata temu i do dziś wygląda ona fantastycznie. W tym czasie musiałabym kupić 4 zwykłe torebki, każda za ok. 80-100 zł, co daje nam łącznie 320-400 zł + frustracja, że kolejna torebka nadaje się tylko na śmietnik + czas spędzony na poszukiwaniach nowej torebki + rosnąca góra śmieci. A za moją cudowną torbę zapłaciłam 199 zł i wszystkie powyższe minusy mam z głowy 🙂 Dziś najprawdopodobniej nie kupiłabym tej torebki w sklepie, tylko na Vinted, używaną, w stanie idealnym, za połowę ceny.

7. Zwracamy uwagę na wykorzystywane materiały
Dotyczy to w szczególności rzeczy, których nie udało nam się kupić z drugiej ręki (bo i tak się zdarza) i musimy się po nie udać do zwykłego sklepu. Staramy się kupować ubrania wykonane z naturalnych materiałów, aby ograniczyć emisję mikrowłókien i skrócić okres biodegradacji materiału. Oczywiście staramy się też, aby ubrania te były dobrej jakości, żeby posłużyły nam jak najdłużej.
Zasady tej nie trzymamy się tak bardzo przy ubraniach z drugiej ręki – w końcu i tak zostały już puszczone w obieg, więc lepiej, żeby ktoś (my) dalej ich używał, niż żeby przedwcześnie zakończyły swój żywot na jednej z ubraniowych gór śmieciowych.

 

Tyle na dziś. Jeśli macie jakieś ciekawe sposoby na ograniczanie ciuchośmieci, dajcie mi znać!

 

2 thoughts on “Kupujemy ciuchy

  1. Natalia

    16 April 2019 at 13:45

    Zazdroszczę możliwości wymieniania się ubraniami! Ja nie mam praktycznie żadnych tu, gdzie mieszkam, bo zwyczajnie nie mam z kim. Za to mam gdzie oddawać ubrania, których sama już nie chcę, bo czeka cała damska część grona pedagogicznego w szkole, w której pracuje szwagierka ;). Idea garderoby kapsułowej jest mi bliska, sporo o tym w ostatnim czasie czytałam i słuchałam (nie sądzę, że się zdecyduję, ale jest to dla mnie wielkie źródło inspiracji) i jednym z jej istotnych elementów jest: oddaj ciuchy do krawca (szewca, kaletnika…), gdy jest to potrzebne. Zysk jest podwójny: wydłuża się życie danego ubrania i wspiera lokalnych rzemieślników. Kolejny mój sposób na ciuchośmieci to zakupy u polskich/słowackich projektantów (nie wszyscy są kosmicznie drodzy!), którzy produkują w Polsce/na Słowacji. I już ostatni, który też wspomniałaś- staram się wybierać materiał odpowiedzialnie. Wiedziałaś, że lyocell rozkłada się w 3 (!) tygodnie?

  2. Kasia

    25 April 2019 at 15:42

    Natalia, jak dobrze, że o tym napisałaś – my też naprawiamy i przerabiamy! 🙂

    O lyocellu nie wiedziałam, dzięki!

    Pokaż proszę przykładowych projektantów, bardzo mnie to zaciekawiło.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *